drobneprzyjemnosci blog

Twój nowy blog

Olaboga! prawdopodobnie bezpowrotnie zaprzepaściłam ciągłość narracji i nie da się nagle uzupełnić takiej luki, ale, jako że czuję  się z wiekiem coraz bliższa naturze, przejawiam też czasami naturalnie ośli upór, więc, owszem, wróciłam. Znowu.

Zrealizowałam Plan.

Jestem teraz zupełnie kim innym. Prawie.

Oczywiście wszyscy to wiedzą, bo już od ponad roku realizuję się w nowym wcieleniu, ale jeżeli ktoś nie wie, to teraz jestem grancarzem. (i to właśnie jest dowód na mój powrót do natury, po garncarstwo przecież łączy cztery żywioły, prawda?) Nie ma chyba sensu opowiadać, jak to się stało, bo tak naprawdę doznałam nagłej iluminacji i nie ma tu żadnej fascynującej historii. Chciałam się pobawić gliną, ale w naszym mieście pracownia ceramiczna zamknęła swoje podwoje, pojechałam więc na letni kurs garncarski. Tydzień spędziłam w ciemnej szopie na końcu świata, gdzie nie dochodził internet ani sygnał telefonii komórkowej pracując po osiem godzin dziennie pod czujnym okiem Piotra Skiby, a potem, do wieczora już bez niego… (wcale jakoś wybitnie sobie nie radząc ;-) ) Wróciłam do domu, i kiedy już zeszła opuchlizna z rąk doznałam iluminacji – Jestem garncarzem! Po tygodniu miałam pierwsze koło garncarskie, po 3 miesiącach przecudną pracownię, a po czterech dostałam dotację, żeby ją wyposażyć.

..i odtąd żyłam długo i szczęśliwie

…mawia moja Mama i zgodnie z tą dewizą nie spieszyłam się z podejmowaniem decyzji w sprawie zagospodarowania wiejskiej posiadłości. Trochę mi to zajęło, ale plan już jest. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że to Plan.

Oczywiście problem barku szafy z wielkim rozmachem rozwiązałam wcześniej, wypleniłam pokrzywy i nawet posadziłam kwiatki nie tylko w skrzynkach, ale też w różnych inny miejscach, tak, że teraz na podlewanie już godziny nie starcza… Powtykałam też pestki dyni i cukinii do ziemii i bardzo im się to spodobało, ale niestety nie da się już wejść do ogródka warzywnego, bo rozbuchane zarośla dyniowe trzymają furtkę od środka broniąc dosetępu. Cukinii zza płotu (i zza dyń) nie widać, więc nie wiem co z nimi, ale kiedy jeszcze trochę dynie podrosną, to stawię im czoła i wtedy się dowiem…
…a tymczasem zmieniłam zawód…

Niechybnym znakiem początku jest ulewa. (I inwazja ślimaków.) Oraz, będący w konflikcie z pogodą stan śpiączki tropikalnej panujący w naszej rodzinie.
Mamy też inne objawy – ja mam lenia, Młody ma dwubiegunowe objawy oscylujące między muchami w nosie a umiarkowaną euforią z inklinacjami kulinarnymi, a Zuzana i M. w swoim zwykłym anielskim stanie.
Fajnie jest.
Ja już powoli czuję się wyspana, już mnie korci, żeby zacząć planować jakiś remont… ;)
tralalal! Wakacje!! Hurra!!

Ha! Okazało się, że jeszcze żyję! Czy ktoś się cieszy?
Dobra, wiem, pytania są tendencyjne…
Nie wiem, z jakiej przyczyny postanowiłam znowu coś napisać, być może ma to niejaki związek z tym, że, mimo iż generalnie wszystko po staremu, to jednak wszystko stanęło na głowie i w dodatku wierzga nogami.
Mieszkam dalej na północ, dach mi trochę przecieka (chociaż może raczej się poci?), nie mam żadnej szafy i w dodatku nie mam ogrzewania podłogowego w łazience. (wiem, to straszne, ale nie mogę oszczędzać ewentualnych czytelników, bo jednak prawda ponad wszystko). Mam też ogromną plantację pokrzyw i kwiaty w skrzynkach na oknach, których podlanie zajmuje mi 40 minut… Zupełnie bez sensu.
Ponadto mojemu starszemu dziecko wyrosły rogi, ale nie chce mi się o tym pisać, bo mimo iż prawda ponad wszystko, to przecież niekoniecznie cała, prawda?

Więc tak…, mieszkam na wsi… Mam wielki dom, wielki ogród i nową wiejską kuchuchnię. Wielką oczywiście. Spiżarnię też mam.
I narazie nie do końca wiem co z tym wszystkim zrobić. Ale wymyślę.

rozmówki

Brak komentarzy

-Młody, jadłeś śniadanie? – matka pyta  syna stojącego z kijem na końcu pomostu
-nie, ale zaraz będę jadł rybę

Zjadł.

Ubolewam nad miernotą mojej znajomośći Biblii, bo gdybym była bieglejsza w temacie, wiedziałabym czego się spodziewać w zakresie plag nawiedzających.
Niejasno kołaczemi się, że było ich dziesięć. W takim razie siedem przede mną.
Natomiast kronikarska uczciwość nakazuje wspomnieć co nas nawiedziło.

Wiosną mieliśmy myszy.  Wlazła jakaś płodna rodzina do dylatacji i po rozmnożeniu przegryzłą sie do nas. Mysia dziurka jak z bajki, była usytuaowana sprawiedliwie, we wspólnym pokoju, więc stworzenia rozlazły się po obu domostwach. Aleśmy mieli ubaw – boki zrywać.
Swoją drogą jakie cichutkie są takie myszki – tylko na panelach słychać jak skrobią pazurkami. Powinny opracować jakieś skarpeteczki, to nigdy bym nie wierzyła, że ze mną mieszkają…
Mieszkały.

Na początku lata, kiedy już nikt nie pamiętał o myszach, wprowadziły się do nas mrówki. Takie najzwyklejsze podwórkowe. Byłam tydzień chora – do nieprzytomnośći, i nie przekazałam światu tajemnej wiedzy, że jeżeli mieszka się na poziomie gruntu, to nie należy zostawiać jedzenia na wierzchu. Więc kiedy się ocknęłam w kuchni było czarno.
Po przeprowadzeniu analizy porównawczej – wolę mrówki niż myszy. Chociaż, gdyby myszy przechadzały się majestatycznie zamiast wariacko umykać, pewnie byłoby inaczej. Szczególnie ze względu na różnicę liczebnośći…

Natomiast, nie bjmy się tego słowa, u schyłku lata… nawiedziła nas kolejna plaga. Przebywając w obcej okolicy, w licznym gronie, pozyskaliśmy wszy. Pierwsza instrukcja na środku odwszawiającym – nie panikować. Jakże celna! łatwo powiedzieć, natomiast odwszawić dwadzieścia cztery osoby na końcu świata, to już nie taka prosta sprawa. Wykupiliśmy wszystkie środki ze wszystkich aptek w trzech najbliższych miejscowościach, za łączną kwotę 284pln. (luz, za to żywienie zbiorowe na odludziu wychodzi tanio)

I teraz, kiedy – mamy nadzieję – tą plagę mamy za sobą…

Nawiedza mnie myśl, co przyniesie przyszłość?

ps. może pioruny się liczą? powaliły nam pół olchy i pół jabłonki. Czy to się liczy? …wiem, biorąc pod uwagę dotkliwość, to żadna plaga…
czyli jeszcze siedem…

a!

Brak komentarzy

z tej całej euforii nie zapomniałam dodać, że w zestawie mam jeszcze zepsutą lodówkę.

taki drobiazg.
ale zepsuta na śmierć.

pretekst

Brak komentarzy

Mam świetny pretekst, żeby znowu napisać. Wobec takiego wydarzenia kolejna seria niefortunnych zdarzeń traci na sile rażenia.

…ale od początku: M. wyjechał do Monachium – klasyka gatunku – wyjeżdża na dwa dni, nie ma go cztery. Zen. Pierwszego poranka, kiedy zamierzałam porozwozić dzieci do placówek edukacyjnych, złamał mi się klucz w zamku. Od zewnątrz. Wobec powyższego dom został otwarty (trzeba uważać, czego się sobie życzy, bo ja na przykład zawsze chciałam mieć dom otwarty) bo przecież jeden zamek w drzwiach, jeśli jest czary-mary porządny, wystarczy, prawda?

Kiedy wróciłam i rozwiązałam problem z drzwiami, odkryłam, że mam lewe oko prawie jak flaga francuska – po jednej trzeciej – czerwone, niebieskie i białe (..i, tak, wiem, że białe powinno być w środku, ale źle by się wtedy patrzyło..) Oczywiście to zignorowałam.

…natomiast we wtorek już nie byłam w stanie kontynuować ignorowania, bo oko było coraz czerwieńsze, a głowa bolała zacnie. Ojciec, szczęśliwie w dobrej formie, przejął funkcje przewoźnicze, a ja, klasycznie, zaczęłam autoleczenie – zmierzyłam ciśnienie i diagnoza sama się postawiła, natychmiast Doktor -Ojciec wydał leki i położył do łóżka. I nic nie pomogło. …i tak do rana nie pomagało…

Rano już wyglądałam jak nieboszczyk z czerwonym okiem, pojechałam do lekarza, gdzie moja oszałamiająca aparycja zrobiła wielkie wrażenie – różne starsze panie rzuciły się ustępować mi miejsca, a Pani pielęgniarka bez mrugnięcia okiem podała mi dożylnie życiodajną miksturę, która sprawiła, że trochę mi ulżyło, przestałam womitować i mogłam podjąć konwersację z z lekarzem.

ale zanim dojechałam do lekarza, zadzwonił Brat z radosną nowiną:

MAMY POZWOLENIE NA BUDOWĘ!!
Prawdziwe mistrzostwo świata – pozwolenie na budowę w dziesięć dni.
ha!

bardzo dobra nowina, warto o niej napisać, prawda?

Moje życie, szczególnie kiedy mój samochód jest we władaniu obcych, kręci się wokół kur.
Kurczaka przeprowadziliśmy do większego pudełka, gdyż nieumiarkowanie urósł. Waży już 86 gramów i je coraz więcej. Teraz całe dnie spędza wygrzewając się na słońcu pod moim oknem do ogrodu….i podejrzewam, że zobaczyli go jego pobratymcy i postanowili odbić swojego. Przyłapałam dziś te potwory skrzydlate na robieniu podkopu. Przez moją rabatkę, wykopując tulipany, próbują się dostać do środka.

…albo do jądra Ziemi?

auto

Brak komentarzy

Optymizm jest przereklamowany. Dostałam samochód, owszem, czysty, nawet odkurzony wewnątrz, tylko trochę wklęsły od lewej. I z kontrastowym akcentem kolorystycznym na całej długości. Ups!
Fakt, że przedtem  turbina miała fanaberie, a teraz nie ma tylko po części mi to rekompensuje, bo jednak ma to bezpośredni związek również z odpływem gotówki.

nieszczególnie jestem uszczęśliwiona.
…ale za to kupiłam sobie buty. (nie jako reakcję na wgniecione auto, tylko już wcześniej. chociaż oczywiście mogłabym na pocieszenie sobie kupić. drugie…?)


  • RSS